,,Doklejona łata” czyli moja historia zaburzeń odżywiania

Troszkę dziwnie, troszkę z powinności, a troszkę z czystego serca. Chcę podzielić się z Wami moją historią. Będzie ona nieco dłuższa. Trochę do poczytania, trochę do pomyślenia, poświęcenia kilku minutom kontemplacji.

Będzie moim małym powrotem do przeszłości, więc proszę Cię jedynie o jej uszanowanie.

Zaczynajmy!

Za każdym razem kiedy zabieram się do pisania tego typu tekstów, moje serce zaczyna łomotać niczym dzwon kościelny. Mimo tego, że mam spore grono odbiorców, to powinniście wiedzieć, że ja także jestem człowiekiem. Jestem tego świadoma, że moje posty widzi duża część ludzi, skomentuje, czasem nieprzychylnie czasem złośliwie czy wyśmiewczo. TAK, jestem i pozostaję w tej świadomości. Chciałabym abyście wiedzieli jednak, iż publikowanie takich treści, nigdy nie będzie dla mnie i dla innych ludzi z podobną przypadłością określane w kategorii ,,łatwe” jakoże w tym momencie zostajemy wystawieni ponownie na opinię innych, czego unikamy w codzienności.

Sama staram się nieoceniać innych, nie zarzucać swoich racji i po prostu szanować ich przeszłość i historię. Wyciągać wnioski, podnieść na duchu dobrym słowem i z całego serca pogratulować, ponieważ dobrze wiem co przeszli. Chcę poruszyć w tym poście temat autopsji, ponieważ sama przez 8 lat swojego życia chorowałam na ano… zaburzenia odżywiania, choć od anoreksji się zaczęło…

Pamiętam dzień 26 października 2012 roku. Tego dosyć wietrznego dnia, moi rodzice postanowili zabrać mnie na badania lekarskie.

Pamiętam, że ten dzień był wyjątkowo paskudny jeśli chodzi o pogodę, padało, było ponuro, choć możliwe że w dużej mierze wiązało się to z moim depresyjnym humorem.  Wstałam ze swojego łóżka i poszłam do łazienki. Czynności codzienne: prysznic, twarz, zęby, toaleta. Ubrałam się i wyszłam z domu bez śniadania oraz bez łyku wody. Czekały mnie badania krwi.

Razem z mamą weszłyśmy do kliniki na pobranie próbek. Pamiętam jak siadałam na fotel i pielęgniarka rozpoczęła wkłuwanie igły w żyłę mojej lewej ręki.

,,Możesz rozprostować rękę?” – zapytała. Rozprostowałam i rozluźniłam ją, by krew mogła bez problemu się spuścić. Nagle, żyła pękła…

Pielegniarka kilka razy wbijałą igłę, w celu znalezienia punktu, w którym krew mogła by zostać pobrana. Było to dla mnie okropne, jednak w końcu się udało. Z sali wyszłam z 14 razy nakłutym zgięciem łokciowym i dużym siniakiem oraz krwiakiem po pobraniu krwi.

,,Pani córka ma bardzo gęstą krew. Powinna więcej pić.”- usłyszałyśmy razem z mamą. Poczułam na sobie jej smutny wzrok. Był wypełniony bezsilnością. ,,Może wody?” zapytała mnie pielęgniarka.

,,Dziękuję, ale nie.” Odmówiłam i zaczęłam się zbierać. Wstałam szybko z fotela i zabrałam swoją kurtkę, wyszłyśmy z budynku i zaczęłyśmy iść na parking samochodowy. Przejście prowadziło przez wjazd na teren pobliskiego supermarketu i dojście do auta zajmowało 2-3 minuty piechotą. W połowie drogi straciłam przytomność. Jedyne co słyszałam to ,,Natalia” wypowiadane przez moją mamę, nie miałam jednak pewności czy to ona, zrobiło mi się czarno przed oczami. Słyszałam, jakieś gadanie, przygłuszone krzyki, rozmazanych obcych ludzi, mamę która chyba płakała.

Obudziłam się w karetce pogotowia.

,,Podać jej glukozę.”- usłyszałam.

,,Nie! Nie chcę! Proszę to zabrać ode mnie!”- ocuciłam się. Trochę mnie to bawi, jednak z drugiej strony mocno przeraża jak zareagowałam na ratownika medycznego, którego zadaniem było ratowanie mojego życia, a ja głupia wzbraniałam się od przyjęcia glukozy, która miała mi podnieść poziom cukru we krwi.

W mojej głowie kłębiły się tylko myśli ,,cukier, cukier, przestań cukier, spożyłaś cukier. Twoje dbanie o zdrowie właśnie się skończyło.”. Z dzisiejszego punktu widzenia, chcę płakać i jest mi bardzo smutno, za sam sposób mojego myślenia i traktowania ludzi, którzy chcieli ratować moje życie.

Podczas wyjścia z karetki podali mi wózek inwalidzki, dostałam niedowładu nóg. Przykryli mnie folią ocieplającą i zawieźli na dalsze badania.

Pamiętam że w pierwszej kolejności ten sam ratownik, który podawał mi glukozę sprawdził czy wszystko gra z sercem. Mama w tym czasie przyniosła mi bułkę, jogurt i drożdżówkę. Prosiła mnie o to abym zjadła, chociaż trochę. Ugryzłam jeden raz kajzerkę. Poczułam się nasycona, oddałam jej resztę i powiedziałam: ,,Nie jestem głodna”. Mama odeszła, widziałam tylko wypływające po ostatnim spojrzeniu na mnie łzy w jej oczach. Tata przyjechał do szpitala.

Diagnoza: Było okej, zawieźli mnie na górne piętra, na oddział dziecięcy, gdzie pobrano mi krew. Tym razem z drugiej ręki, historia z laboratorium się powtórzyła.

Trafiłam na oddział. Podano mi kroplówki. Pamiętam, że dokładnie dopytałam się pielęgniarek czy aby na pewno nie jest to glukoza, a sól fizjologiczna, ponieważ już dziś i tak spożyłam ,,za dużo cukru”.

W szpitalu zostałam na całe dwa dni. Przez cały okres pobytu tam martwiłam się tym że nie będę miała ruchu, że będą mi kazali jeść. Jeść okropne rzeczy.

Przez ten czas siedziałam w sali, wychodziłam bardzo rzadko, bo miałam co 3 godziny podłączaną kroplówkę. Pamiętam, że na sali leżałam z młodszymi ode mnie dziewczynkami. Jedna z nich miała chore płuca, druga chorowała na serce. Były wolne od zaburzeń odżywiania. Zawsze jak pytały mnie ,,a co ci dolega Natalia?” Odpowiadałam ,,Nie mogę jeść.”

Pamiętam okres wydawania posiłków. Siódma rano, dwunasta trzydzieści oraz siedemnasta. Pamiętam, że wtedy odmawiałam jedzenia posiłków szpitalnych. Mama przywoziła mi własny rosół, makaron oraz drugie danie. To już był ciężki okres mojej choroby. Pamietam jak łyżką wybierałam tłustsze części zupy, sosu, czy po prostu mówiłam, że przed chwilą jadłam. Jedyne co zjadłam ,,w całości” podczas pobytu w szpitalu to ,,Jogobella” o smaku malinowym, jednak tradycyjnie nie opuszczały mnie po niej wyrzuty sumienia.

Pamiętam, że podczas chwili i momentów w których zostawałam sama chodziłam częśto do toalety (oczywiście kiedy kroplówka już całkowicie spłynęła). Jednak nie chodziłam wyłacznie się załatwić. Kilka przysiadów i wymachów rękoma (które były bardzo osiniaczone) były dla mnie wręcz przymusem. Wstyd mi dziś za to.

W poniedziałek 28.10.12 do mojej sali przyszli lekarze. Wzieli mamę i tatę na bok. Zamknęli drzwi, jednak wszystko było słychać.

,,Państwa córka umrze, jeśli nie podejmiemy leczenia”.

Nie pomagał mój płacz. Nie pomagały moje obietnice, nie pomagał szloch, smutna twarz, grożenie samobójstwem. Pojechaliśmy do domu. Dostałam godzinę na spakowanie się i pożegnanie z dziadkami, moja siostra była wtedy w szkole, zobaczyłam ją dopiero po 2 miesiącach, kiedy dostałam ,,przepustkę” szpitalną.

Przy przyjechaniu do szpitala byłam zdziwiona. Zobaczyłam tylko napis ,,Psychiatryczny Oddział Dziecięcy”. Byłam przerażona. Przywitaliśmy się z moim psychiatrom. Na miejscu zważyli mnie. W kurtce, w spodniach, koszulce, butach i starą cegłą Nokia w kieszeniach.  Waga wskazywała 44,2 kilo (podczas gdy pierwszego ważenia na oddziale ważyłam 38.9 kilo, odnotowali spadek wagi i podłączyli od razu sondę.) Pełen profesjonalizm.

Krótka rozmowa z lekarzem prowadzącym, chwila smutku, chwila płaczu, chwila na pytania. Jeszcze nie weszłam na oddział, a ciągle pytałam ,,Kiedy wyjdę?” Prosiłam, a raczej błagałam rodziców, aby zabrali mnie do domu. Psychiatra i rodzice wyszli z gabinetu. Po chwili wrócili. ,,Wstawaj Natalka, pożegnamy się…”

Trafiłam na oddział.

Tutaj historia schodzi na inny plan. Mianowicie- leczyłam się w szpitalu psychiatrycznym. Moich rodziców nie było stać na leczenie w prywatnej klinice zajmującej się zaburzeniami odżywiania. Przez cały okres pobytu tam- czułam się odosobniona, niezauważona i zepchnięta na bok.

Miałam wtedy 13 lat. Trafiłam na oddział dosyć niefortunnie, bo jako że od 12 roku życia trafiało się na oddział w sekwencji młodzieżowej, moimi znajomymi były osoby starsze ode mnie.

Ciężko mi oceniać mój pobyt w szpitalu. Trudno mi krytykować ponieważ nie chcę, a z drugiej strony pragnę podziękować. W szczególności podziękować osobom, które tam były. Osobom, którym mogłam się wygadać i które chciały (bo nie mówię że rozumiały, przecież nie musiały) mój problem. Za to że o każdej porze dnia mogłam im się wygadać. Za to że o 2 w nocy wspólnie grałyśmy w karty, za to że słuchały mnie kiedy mówiłam o moich wątpliwościach oraz problemach.. za to Wam dziękuję. Z drugiej strony- tkwi we mnie ogromny żal. Za samo traktowanie mnie przez osoby odpowiedzialne za mnie dosyć płytko. Mam żal za to że lekarz wolał przepisać mi leki, niż posiedzieć ze mną i porozmawiać. Mam żal o to że po pół godziny posiłku, kiedy to mój żołądek był na prawdę skurczony, a ja nie mogłam w siebie wcisnąć dwudaniowego obiadu i kompotu podłączali mi sondę. Tak jest mi przykro za to że wieczorami bałam się o to że koleżanka z sąsiedniej sali, która chorowała na schizofrenię tym razem przyjdzie do naszej sali i coś się stanie. Tak, mam żal o to że nas nie pilnowano jeśli chodzi o przemycanie żyletek. Tak mam żal o to że mogłam dzwonić do rodziców tylko i wyłącznie raz na dwa dni, bo telefon był jeden na oddział, a my nie mogliśmy mieć komórek. Tak- mam żal o to żę podczas przenoszenia oddziału na nowy budynek transportowali nas przez tunele podziemne, a tych bardziej niebezpiecznych owinęli w kaftany bezpieczeństwa. Tak mam żal o to że podczas przeniesienia na nowy oddział nie miałam kontaktu przez 2 tygodnie ze swoją rodziną. Tak, mam żal o to że ten 1 kilogram zaważył o tym że swoich świąt nie spędziłam z rodziną i zostałam wypisana 27 grudnia. Tak, mam żal o to że po wyjściu ze szpitala nie dostałam kontaktu do psychologa a mojego psychiatrę widziałam dopiero w styczniu 2016 roku.

Nie chcę oceniać, bo wiem że nie w każdym szpitalu tak to wygląda, wiem jedyne że przez powyższe wydarzenia- smutek na długo pozostał w moim sercu.

Po wyjściu ze szpitala postanowiłam, że nikt nie dowie się nigdy o tym gdzie byłam. Jednak plotka szybko się rozniosła. Koledzy i koleżanki w okresie wczesnej nastoletniości potrafią ranić, wyłacznie słowem.

Gimnazjum było dla mnie i ciężkim i jednocześnie najpiękniejszym okresem mojego życia. W drugiej klasie gimnazjum zmieniłam klasy. W nowej trafiłam na przyjaciół i znajomych, którzy kompletnie odmienili moje życie i spostrzeganie świata, człowieka, jak i przyjaźni i zwykłego szacunku wobec drugiej osoby i siebie samego. Dziękuję im za to.

Gimnazjum było dla mnie jednak też ciężkim okresem, ponieważ wtedy zachorowałam na bulimię sportową. Podczas tego okresu miałam dużo stresu w swoim życiu. Konkurs biologiczny, ukończenie szkoły, wybór nowej, bardzo duży konflikt z rodzicami, śmierć dziadka oraz mojego najbliższego przyjaciela.

W tym okresie przytyłam ponad 30 kilo w 2-3 miesiące. W tyle samo po krótkim czasie postanowiłam zrzucić, zajęło to niewiele więcej czasu. Może kiedyś podzielę się z Wami moją najwyższą wagą na zdjęciu, czuję że to jeszcze nie ten moment.

Po zakończeniu gimnazjum założyłam swojego instagrama, zaczęłam nowe życie. Zerwałam z tym co było za mną i postanowiłam odnaleźć swoje stare i nowe pasje. Jedną z nich była fotografia. Drugą i najbliższą mojemu sercu- gotowanie.

Codziennie dziękuję Bogu, rodzinie i przyjaciołom że w tym okresie byli ze mną. Za to że nie trafiłam ponownie do szpitala, za to że miała siłę by chodzić do szkoły, realizować swoje pasje i marzenia.

W okresie licealnym utrzymywałam wagę 48-52 kilo. Zależało to od okresu, bo w zimę zwykle jadłam więcej. Nie przejmowałam się tym jednak zbytnio, moje życie toczyło się dość spokojnym torem. Pewnego dnia jednak znowu zmieniło swój obieg rzeczy. Podczas lata 2017 roku mój problem z anoreksją powrócił, był spowodowany następującym konfliktem między mną a problemami w naszej rodzinie. Nie będę ujawniała jakim, ponieważ chcę i pragnę abyście uszanowali prywatność moich bliskich, sądzę że powinnam żyć w zgodzie z tym faktem, bo  zażegnaliśmy nasze spory a moi bliscy podjęli się zwalczenia problemu. Dziękuję im za to. Jesteście wielcy.

Było mi ciężko, na prawdę ciężko wyzdrowieć. Starałam się. Duży wpływ miały wtedy na mnie słowa mojej mamy: ,,Córcia, proszę Cię, nie zrób nam i sobie tego co 6 lat temu”. Postanowiłam walczyć o swoje zdrowie.

Waga jako-tako wracała do normy. Po mojej pierwszej maturze ważyłam już 48 kilo. Był to dla mnie jak i dla moich bliskich ogromny sukces. Tym razem pomogliśmy sobie i poradziliśmy z tym RAZEM. Jako rodzina, silna, wspierająca się i kochająca.

Po moim małym sukcesie postanowiłam po zdanej maturze pojechać po raz pierwszy do Warszawy. To co się tam wtedy zdarzyło- totalnie odmieniło moje życie, trudno mi to ubrać w słowa, bo łzy same cisną mi się do oczu.

W stolicy poznałam ludzi pełnych pasji, zaangażowania i uśmiechu. Ludzi, którzy pokazali mi jak łapać życie pełnymi rękoma. Jak cieszyć się każdego dnia z rzeczy małych i wielkich. Opijać sukcesy i wynosić wnioski z porażek. Pracować ciężko na sukces a wolne chwile celebrować niczym najlepszy rejs na statku. Być silnym, odważnym i wstrzemięźliwym. A najważniejsze- mieć twardą dupę i to w niej mieć opinię innych.

Szczególnie dziękuję jednemu Panu. Dziękuję Ci że uświadomiłeś mi, że mam piękne serce.

To wy wskazaliście mi drogę. Za wasze złote rady codziennie dziękuję.

W lipcu 2018 odzyskałam miesiączkę. Po 6 latach, wreszcie, od tamtego lipca, regularna.

Jest rok 2019.

Nigdy nie myślałam że będę kiedyś gotować. Gdyby ktoś 8 lat temu powiedział mi że w przyszłości poprowadzę warsztaty kulinarne- wyśmiałabym go i powiedziała ,,Ej stary- zostanę architektem!” A już na 120% nie pomyślałabym, że kiedyś wydam swoją książkę kucharską. A to tym że założę firmę w wieku 19 lat? Proszę się puknąć w łeb!

Jest tu ktoś kto może mnie uszczypnąć?

 

Tym postem chciałabym Wam powiedzieć jedno- cholernie denerwuje mnie klasyfikowanie ludzi. Denerwuje mnie kiedy naszywają mnie, tobie czy komukolwiek ŁATY.

Ta jest anorektyczką, ta choruje na alkoholizm, ta już nic w swoim życiu nie osiągnie, rzuciła studia? Pf! Będzie pracowała na kasie w Biedronce!

A ja Wam wszystkim złośliwcom mówię: A pocałuj się Pan w nos! Ja Wam jeszcze pokażę na co mnie stać!

 

Całusy i siły dla was kochani, wierzę że poradzicie sobie z każdym wyzwaniem jakie życie rzuca Wam pod nogi, cholera! Kopnij tego badyla z tej drogi i idź z czołem wysoko przed siebie!

Serwus!

Natka,

xoxo

 

Dla ciekawskich 164/5cm —>

Zdjęcie 1) 10.10.17 – 40kg

Zdjęcie 2) 26.06.19 – 61kg

 

 

16 komentarzy Dodaj własny

  1. Iana pisze:

    Jesteś wielka !😘 Zazdroszczę że udało Ci się zwalczyć te złe myśli….

    1. myplantifulway pisze:

      dziękuję Ci serdecznie! ♥ Dobrego wieczoru dla Ciebie i dużo siły :**

  2. Daria pisze:

    Wow, Natalia! Bardzo wzruszajaca historia! Wielkie gratulacje dla Ciebie za te pozytywne zmiany! Wygladsz przecudownie! Duuuuzo zdrowka i motywacji dla Ciebie kochana! <3

    1. myplantifulway pisze:

      Dziękuje Ci najmocniej! Bardzo się cieszę, ze to co złe zostawiłam hen za sobą 🙂 Takie komentarze są dla mnie wielkim wsparciem❤️ całusy dla Ciebie :*

  3. Nikola pisze:

    Jejku 🙁 jak to czytałam miałam łzy w oczach, gratuluję, że dalalas radę i wyszłaś z tego 😘

    1. myplantifulway pisze:

      Dziękuje Ci myszko!❤️ Ja także się cieszę! Wysyłam całusy i uściski, uśmiech na twarzy poproszę! 😀

  4. Annayis pisze:

    Jesteś WIELKA. To, co pokonałaś, by dotrzeć tu, gdzie jesteś, to sukces. Cieszę się, że napisałaś. Zobaczyłam w tym cząstkę siebie, dlatego mogę wiedzieć ciut o tym, co się działo z tobą. Życzę Ci wszystkiego dobrego w życiu, i przede wszystkim akceptacji. ❤️

    1. myplantifulway pisze:

      Ludzie którzy sami przeszli przez to piekło rozumieją bez wątpienia i dwóch słów!❤️ Dziękuje Ci za słowa wsparcia i motywacji! Wysyłam całusy 😘

  5. PATTY pisze:

    Ja w okresie liceum zaczęłam mieć problemy z odżywianiem. W ciągu niecalwgo roku zeszłam z 60 do 45 kg przy 167 cm wzrostu. Jadłam jeden posiłek dziennie i zero podjadania. Pewnego dnia stanęłam przed lustrem i zrozumiałam, że coś jest nie tak, wtedy zaczęłam stopniowo poprawiać swoją dietę. U mnie sytuacja nie była tak ekstremalna jak u Ciebie, ale całymi dniami mogłam spać i leżeć, nie mialam siły na nic. Wiedz, że jesteś bardzo inspirującą, motywującą i pełną energii osoba! ❤ tak trzymać! 😍

    1. myplantifulway pisze:

      Ohhhh rygorystyczna dieta to coś co doprowadza człowieka do obłędu i wyniszczenia ;( Ciesze się że ty w porę zorientowałaś się że zdrowie to najciemniejszy dar życia! Modra z Ciebie babeczka :* dziękuje Ci za te piękne słowa! Całusy dla ciebie i wiele dobrego 😀

  6. Candy Pandas pisze:

    Jesteś bohaterką własnego życia, silną kobietą, która swoje już przeszła i wie co ma teraz robić aby być szczęśliwa <3 Ogromnie się cieszymy, że mogłyśmy usiąść sobie przy ciachu i pogadać 😀 Mamy nadzieję, że jeszcze nieraz to powtórzymy <3 Całuski :*

    1. myplantifulway pisze:

      Ahhhh dziękuje Wam z całego serca dziewczyny! Te słowa tyle dla mnie znaczą❤️❤️ Ja również się cieszę że taka okazja się nam trafiła! Na pewno jedna z wielu! Dozobaczenia kochane😘

  7. Candy Pandas pisze:

    A i jeszcze zapomniałyśmy dodać, że pierwsze dwa lata studiów fizjoterapii również były dla nas ciężkie. Zapędziłyśmy się w własnym przekonaniu o zdrowym życiu bez glutenu, cukru, mięsa itd. W kryzysowym momencie przy wzroście +/- 170 cm ważyłyśmy 42kg. Ocknęłyśmy się gdy bardzo lubiany przez nas wykładowca zapytał się kiedyś czy nie przypadkiem chorujemy na zanik mięśni…

  8. Aga pisze:

    jesteś niesamowicie silna i dzielna💕
    Dziękuję, że podzieliłaś się z nami swoją historią, jesteś dla mnie wzorem do naśladowania

  9. Gosia pisze:

    Czytając ten post przeszły przeze mnie wszystkie emocje, ryczałam, współczułam, uśmiechnęłam się… Chyba to wynika z tego, że w jakimś stopniu zrozumiałam coś co potrzebowałam od bardzo długiego czasu,
    Uwielbiam cię i pozdrawiam 🙂

    1. myplantifulway pisze:

      Post jest dość emocjonujący to fakt 😞 ale myśle i mam nadzieje że dzięki niemu wiele zagubionych osób w chorobie, wreszcie odnajdzie właściwe tory ❤️

Dodaj komentarz